Szkocki niecodziennik cz. III

Kościół pw św. Jakuba w Innerlithen, Szkocja / Fot. Maciej Baron SVD

Inuici mają w swoim słowniku kilkadziesiąt słów dla opisania różnych rodzajów i stanów śniegu. Nie wiem (jeszcze) czy Szkoci nie mają podobnej ilości słów potrzebnej dla opisania deszczu. Od trzech dni nieprzerwanie pada. I to jest taki deszcz, który po krótkim czasie staje się elementem krajobrazu, podobnie jak nisko zawieszone chmury czy mgła, owijająca każdy pagórek. 
Zastanawiasz się, czy zawsze tak padało, tylko po prostu wcześniej tego nie zauważałeś, czy może to jakiś zły sen. Można mieć parasol, kalosze, gumowane wdzianka - i tak będziesz mokry. I jestem przemoczony przy każdym wyjściu z domu i przy każdym powrocie. Przyjąłem postawę autochtonów: po prostu udaję, że nie pada, ignoruję po całości. 
Czekałem dziś na rozpoczęcie drugiej mszy, ociekając sobie cichutko w ostatniej ławce, jak zawsze. Moje ulubione miejsce, poza tym, które mam przy ołtarzu. Ciemne chmury na zewnątrz, deszcz zacinał o szyby witraży, wewnątrz rozświetlone prezbiterium, poza tym niemal półmrok. Powtarzałem sobie w myślach homilię. Zrobiło się tak jakoś przytulnie, miło. Kościół powoli wypełniał się ludźmi. Lubię ten przedeucharystyczny szmer. 
Wnętrze powoli wypełnia się krzątaniną. Ktoś przynosi świeże kwiaty i wtyka je w miejsce tych lekko zwiędłych. Ktoś wkłada między kartki śpiewnika parafialny biuletyn. Ktoś inny odkrywa ołtarz, przycina świece. Grupa muzyczna podłącza się i rozstawia, zaczyna się próba śpiewu. Po mszy będzie herbata z mlekiem i ciastko, więc za plecami słyszę czajnik, ktoś nakrywa obrusem stolik. 
Wszystko powoli cichnie, światła się zapalają. Ubieram się do mszy, nie w zakrystii, a z tyłu kościoła. Tak jest wygodniej, po mszy wracam na to samo miejsce, nie znikam w zakrystii. Po mszy a przed kawą mogę pożegnać tych, którzy wychodzą. Często mamy tu też gości i ci prawie zawsze mają kilka słów do powiedzenia księdzu, skąd przyjechali, co tu robią. Trafiają się rodacy i to zawsze miłe spotkania. 
Chciałem dziś mówić o służbie, o gotowości do drogi, o zapaleniu pochodni i cierpliwym wyglądaniu Pana. A opowiedziałem dziś moim ociekającym Szkotom, co widziałem z mojego ulubionego miejsca w ostatniej ławce. Opowiedziałem o nich. Opowiedziałem im, jak piękny jest Kościół, który wypełniał przez ostatnie trzy kwadranse ten kamienny kościółek swoją małą, ale wierną służbą. Kwiatem, mlekiem przyniesionym z Tesco w mokrej reklamówce, świeżą bielizną ołtarzową, którą zawsze potrafią poskładać po nowemu, jak origami z płótna. 
Powiedziałem im, że to oni wygłosili dziś najpiękniejszą i najcichszą homilię, nie opartą o fantazyjne przykłady, ale wyrastającą z tej mokrej od deszczu ziemi i ich życia. W swoich Wellingtonach, gumowanych kurtkach, w kościele pachnącym herbatą byli piękną, bo żywą, ilustracją dzisiejszej Ewangelii. Byli sługami wyglądającymi nadejścia Pana. I Pan do nich przyszedł, jak każdej Niedzieli, przepasał się i im usługiwał.

Maciej Baron SVD


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty